Babka Wielkanocna z kurkumą i cytryną – wilgotna i delikatna

W tym roku postanowiłam, że upiekę na Wielkanoc babkę. Moja mama uwielbia babki Wielkanocne i chciałam najbardziej zrobić ją dla niej. Moje babki zazwyczaj kończyły się porażką, gdyż wychodził z nich jeden wielki zakalec. Długo szukałam, szperałam – w książkach, w internecie, aż natknęłam się na przepis na blogu http://smakmojegodomu.blox.pl. 

Przeczytałam, że babka z przepisu jest wilgotna, mokra, a ja taką najbardziej lubię. Postanowiłam też, że przepis nieco zmodyfikuję, a babkę dodatkowo urozmaicę, bo nie będę żywcem ściągać od kogoś przepisów. I wiecie co? Udało się! Pierwszy raz upiekłam piękną, puszystą, wilgotną babkę. A swój kolor zawdzięcza kurkumie, której dodałam od siebie. Jest bajecznie żółta, niczym wiosenne kwiatki. Koniecznie musicie ją upiec na Wielkanoc – częstujcie się i pieczcie – Wesołych Świąt! 🙂

Wielkanocna baba z kurkumą i cytryną

Składniki:

  • 2 szklanki mąki pszennej (ja dałam typ 405)
  • 125 ml mleka
  • 4 jaja (u mnie rozmiar M)
  • 200 g masła prawdziwego o zawartości tłuszczu 82%
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 płaska łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1 szklanka cukru
  • 10 g cukru waniliowego
  • 3 płaskie łyżeczki kurkumy mielonej
  • sok z połowy cytryny

Polewa czekoladowa:

  • 50 g gorzkiej czekolady (60% kakao) + 2 kostki do starcia
  • 80 ml śmietanki 36 %

Przygotowanie:

1. W rondelku na małym ogniu rozpuścić masło, mleko, cukier (biały i waniliowy). Ostudzić.

2. Do powstałej, ostudzonej masy dodać na przemian jajo i mąkę przesianą przez sito.Cały czas miksować mikserem w jedną stronę, na bardzo wolnych obrotach (u mnie poziom 2 na 5).

3. Dodać kurkumę i proszek do pieczenia (przesiane przez sito). Dodać sok z cytryny. Chwilę jeszcze miksować na wolnych obrotach.

4. Ubić pianę z białek ze szczyptą soli. Białka delikatnie wmieszać do masy już łyżką stołową albo łopatką silikonową (ewentualnie rózgą do białek).

5. Przelać ciasto do formy na babkę ( u mnie silikonowa z kominem).

6. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni C i piec przez 50-55 minut.

7. Babkę wyjąć z formy po przestudzeniu.

Polewa: W kąpieli wodnej rozpuścić czekoladę deserową ze śmietanką. Polać babkę. Na tarce na drobnych oczkach zetrzeć czekoladę na wiórki. I gotowe! 🙂

SMACZNEGO!

Wielkanocny wianek bezowy

Pomysł na Wielkanocny wianek bezowy pojawił się, kiedy przeglądałam piękne wianki do dekoracji stołu. A gdyby ustroić mój stół wielkanocny wiankiem, który można później zjeść? To jest to! Piękny, kolorowy, wiosenny, lekki, pełen owoców, ze smakowitym kremem –  kruchy wianek z delikatną piankę w środku. Jak dla mnie beza to idealne ciasto na wiosenną aurę! Zapraszam do stołu! 🙂


Wielkanocny wianek bezowy

Składniki na bezę:

  • 6 białek jaj (jaja w rozmiarze M)
  • szczypta soli
  • 280 g cukru kryształu
  • 1 łyżeczka octu jabłkowego 6%
  • 1 płaska łyżeczka skrobi kukurydzianej

Składniki na krem:

  • 250ml mocno schłodzonej śmietanki 30%
  • 250g serka mascarpone
  • 3 łyżki stołowe cukru z prawdziwą wanilią
  • szczypta kardamonu mielonego

Do dekoracji:

  • 2 obrane i wyfiletowane mandarynki (rozkładamy fileciki)
  • 1/4 świeżego mango (obieramy ze skórki, po czym obieraczką robimy paseczki, a następnie zwijamy w ruloniki)
  • 1 opakowanie świeżych borówek (rozkładamy całe owoce)
  • 1/2 świeżego granata (wydłubać pestki i posypać)
  • kilka listków świeżej mięty

Przygotowanie bezy:

1. Piekarnik rozgrzewamy do 160 stopni C.

2. Na blaszce rozkładamy papier do pieczenia.

3. W mikserze ubijamy białka ze szczyptą soli. Gdy białka będą już sztywne, ubijamy je z cukrem. Niestety to bardzo pracochłonne zajęcie, gdyż musimy dosypywać cukier partiami po łyżce.

4. Kiedy beza już się ubije, dodajemy na koniec ocet jabłkowy i skrobię kukurydzianą. Chwilę razem miksujemy. Beza powinna być szklista, sztywna, bez widocznych kryształków cukru.

5. Na papierze do pieczenia rozkładamy bezę łyżką stołową, formując z niej wianek. Tak jak na zdjęciu poniżej – tu już beza upieczona 🙂

6. Wkładamy bezę do piekarnika i obniżamy temperaturę do 120 stopni C. Pieczemy bezę przez 2 godziny, nie otwierając piekarnika. Po upieczeniu ja nigdy nie wyjmuję bezy z piekarnika. Zostawiam ją do całkowitego wystudzenia i wysuszenia. Najlepiej upiec bezę wieczorem i zostawić ją do wysuszenia przez całą noc w piekarniku. Jest w środku miękka, a na zewnątrz chrupiąca.

Przygotowanie kremu:

Śmietankę ubijamy na sztywno z cukrem waniliowym i kardamonem. Do ubitej śmietanki dodajemy partiami po łyżce serek mascarpone. Chwilę dokładnie razem miksujemy. Masa powinna być jednolita i gładka.

Masę możemy rozłożyć  na wysuszonej bezie za pomocą rękawa cukierniczego, bądź bezpośrednio łyżką stołową.

Bezę wyłożoną kremem ozdabiamy świeżymi owocami i miętą.

Prawda, że wygląda pięknie i smakowicie? 🙂 Częstujcie się!

Dzień Kobiet w Olsztynie, czyli spotkanie w prawdziwie babskim gronie

Miniona sobota była naprawdę super!

Dzięki Roksanie z bloga Dzwoneczkowa znalazłam się na prawdziwie babskim spotkaniu z okazji Dnia Kobiet. Ogromnie cieszyłam się na to wyjście, ale też stresowałam. Czy Wy wiecie moje drogie Panie, że to moje pierwsze wyjście na CAŁY DZIEŃ z domu odkąd urodziłam moją córkę? Bardzo to przeżywałam, gdyż ciągle karmię piersią. Dziadkowie jednak stanęli na wysokości zadania, a moja córka chyba aż tak bardzo nie odczuła mojej nieobecności 😉 Co za ulga… nareszcie udało mi się dobrze zrelaksować!

Spotkanie odbyło się w Hotelu Kopernik w Olsztynie, gdzie spędziłam miło czas z innymi blogerkami i nauczyłam się nowych rzeczy podczas warsztatów, prowadzonych również przez kobiety.


Spotkanie rozpoczęło się od prezentacji produktów firmy Melaleuca, poprowadzone przez Justynę Muzyczuk i Aldonę Kondrat. Dowiedziałam się, że istnieją środki piorące, do sprzątania oraz kosmetyki i olejki eteryczne, produkowane z surowców roślinnych i mineralnych. Składniki produktów Melaleuca odznaczają się wyjątkową jakością, czerpiąc z natury jak najwięcej. Możemy być bliżej natury każdego dnia i stworzyć przyjazny dom, pachnący naturą. Nie zabrakło też drobnego upominku – w moim przypadku kieszonkowy odplamiacz – jak znalazł dla młodej mamy 🙂


Kolejny punkt programu stanowiło spotkanie ze wspaniałymi kobietami z kwiaciarni Kwietnik. Pod okiem instruktorek-kwiaciarek przygotowałyśmy kompozycje roślinne w słoiku. Szczerze mówiąc nie wiedziałam, że takie to proste! No i spójrzcie sami, jakie efektowne!

Klikając w logo poniżej przeniesiecie się na fanpage Kwietnika, gdzie zobaczycie, jakie cuda tworzą dziewczyny.

A oto moja pierwsza kompozycja wiosenno-wielkanocna w słoju, którą zrobiłam podczas warsztatów. Prawda, że piękna? 😉


Po smacznym obiedzie w restauracji Hotelu Kopernik cały nasz babiniec nauczył się od Ani z KluArt, jak w domowym zaciszu przygotować piękne, ekologiczne świece. Cały warsztat przeprowadzony był w bardzo luźnej, przyjaznej atmosferze, a po sali unosiła się cała gama naturalnych zapachów. Konwalia, bez, lawenda, mięta…

Klikając w logo poniżej  przeniesiecie się do magicznego świata Ani, pełnego pachnących i kolorowych świec. To prawdziwe arcydzieła! Moja pierwsza świeca w wersji mini – 100% wosk sojowy, barwnik w kolorze jagodowym i aromat o zapachu bzu lilak. Knot drewniany, który cudownie „skrzeczy” podczas spalania.

Hm… Może i świece zacznę w domu robić sama? Jedno jest pewne, tak mnie Ania zauroczyła, że kupiłam sobie jeszcze dwie jej autorstwa „Święty Spokój”, który zapalam przed snem i „Na zdrowie”, która poczeka na swoją kolej 😉


W prezencie dostałam jeszcze przepięknie ilustrowaną książeczkę pod tytułem „Różowa czapeczka” wydawnictwa Prószyński i S-ka. Autorem jest Andrew Joyner, tłumaczenie Adrianna Zabrzewska. Książeczka powstała w celu upamiętnienia Marszy Kobiet w 2017r., które odbyły sie wówczas na całym świecie. Ich symbolem były właśnie różowe czapeczki. Piękne rysunki kotów spodobały się również mojej córce 😉

A po powrocie mogłam zafundować sobie prawdziwe SPA w domowym zaciszu. Podejrzewam, że do jesieni maseczek wystarczy – 7’th Heaven dziękuję 😉


Ostatnio na spotkaniu blogerów byłam w 2016 roku.Wiadomo, że ciąża i początki macierzyństwa wyłączyły mnie trochę z blogerskiego życia, ale dzięki temu spotkaniu moja energia do działania wróciła. Poznałam wspaniałe kobiety, które tak jak ja lubią się dzielić swoją pasja z innymi, licząc się z tym, że nie każdemu może się podobać to, o czym piszemy. Nas jednak łączy pasja, traktowanie blogowania jako radość, odskocznię od codzienności, jeden z momentów w tygodniu, kiedy wiesz, że robisz coś dla siebie. Było mi bardzo miło i choć nie z każdą z Was zamieniłam słowo to mam nadzieję, że spotkamy się na kolejnym „zlocie” i poznamy się lepiej!


Dziękuję dwóm wspaniałym blogerkom kulinarnym z Olsztyna

MAJCE https://www.instagram.com/maja_domo/ 

AŚCEhttps://nieleniwapanidomu.wordpress.com/

które poznałam na spotkaniu i których blogami już się inspiruję. Wspólne zainteresowanie sprawiło, że przegadałyśmy prawie całe spotkanie! Serdecznie Was pozdrawiam 😉

DO NASTĘPNEGO RAZU! 

Ulubiona sałatka matki karmiącej

Rok temu zostałam mamą. I choć zawsze lubiłam się zdrowo odżywiać to karmiąc piersią postanowiłam, że będę starać się jeść jeszcze lepiej i smaczniej 🙂

Początki wiadomo były trudne, wtedy to prym w garach wiódł mój mąż, który cały dwutygodniowy urlop tatusiowy spędził na bieganiu do sklepu po zakupy, przygotowywaniu posiłków i sprzątaniu. Od samego początku udało mi się wprowadzić zdrowe nawyki, a że byłam po cesarskim cięciu miałam ku temu lepszą drogę, bo od trzech dni praktycznie nic nie jadałam 😀

Za to moja mała K. nadrabiała i ssała całe dnie, całe noce… Dużo czytałam będąc jeszcze w ciąży, że nie istnieje już pojęcie diety matki karmiącej. Choć nie ukrywam, że już na pierwszej wizycie położna zaznaczyła „Żebym tylko jajecznicy na boczku nie jadała!”. No nie jadłam na boczku, ale jajecznicę owszem wcinałam. Na szczęście obyło się bez kolek i innych przykrości brzuszkowych. No i tak zostało. Diety nie stosowałam i nie stosuje do dziś, po prostu wprowadziłam w życie kilka prostych rzeczy:

  • Na moim talerzu królują sałatki: owocowe, warzywne, z kurczakiem, z rybą, z mnóstwem ziół i bakali;
  • Na obiad rozsmakowałam się w pulpecikach na różne sposoby, podane z różnymi kaszami i surówkami;
  • Kapusta kiszona i ogórki kiszone – obowiązkowo w lodówce muszą być! 🙂
  • Lubię zacząć dzień od pożywnego koktajlu, musli na wodzie, czy owocowej jaglanki;
  • Na kolacje wcinam twarożki, jogurty naturalne, zajadam bakalie i sałaty.

A co z zachciankami na słodkości? Oczywiście nikt mi ich nie zakazał, ani ja ich nikomu nie zakazuję, ale wiem, że to jeden z moich wielkich nałogów i staram się z nim walczyć na każdym kroku. Zaobserwowałam też, że wraz z ograniczeniem słodyczy chęć na podjadanie, podskubywanie czegoś jakby gdzieś się ulotniła, teraz częściej nachodzi mnie na kwaśne, aniżeli na słodkie.

  • W początkach karmienia chęć na słodycze zastępowałam ziarnami słonecznika (prażyłam je sobie na patelni), suszonym morelami i daktylami, a podczas nocnych karmień ratowały mnie owocowo-warzywne musy wyciskane dla dzieci 😀
  • W weekendy i święta pozwalam sobie na domowe ciasto, bądź kawałek drożdżaka z cukierni; ze smakiem zajadam gorzką czekoladę;
  • Piję w południe jedną filiżankę kawy, do której dodaję łyżeczkę prawdziwego kakao – rewelacja!
  • W chwilach słabości piję wodę, herbatki ziołowe i owocowe.

Moja córka za chwilę skończy roczek. A mi coraz bardziej spodobało się to kolorowe odżywianie. Moja K. zjada już posiłki razem z nami. Póki co nie daję jej słodyczy, miksuje jej owoce, bądź piekę dla niej coś sama. Jogurty zjada naturalne i tak jak ja uwielbia owoce i warzywa. No może z kaszami jest trochę gorzej, ale ziemniaczki owszem i ogórek kiszony. A kanapeczka i jajecznica podstawowe w menu. Na słodkości jeszcze z pewnością przyjdzie pora 🙂

Nadal karmię moją córkę piersią. Wielokrotnie myślałam o odstawieniu, lecz wszystkie próby kończyły się niepowodzeniem. Trochę z tego powodu przepłakałam, rodzina nie ma ze mną lekko, bo wiadomo jak to hormony kobiecie na macierzyńskim buzują 😉 I tak z biegiem czasu polubiłam to karmienie piersią. Będąc w ciąży nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić jak to będzie, wręcz wstydziłam się, że będę musiała kiedyś przy kimś nakarmić moje dziecko piersią. Jednak los obdarzył mnie mlekiem dla K. i postanowiłam, że z tego skorzystam. Nie będę ukrywać, że kosztowało mnie to wiele wyrzeczeń: każdy wieczór w domu, nieprzespane noce (do dziś ani jednej nie przespałam 🙂 ), nie pamiętam już kiedy obejrzałam cały film, bądź odcinek ulubionego serialu. W kuchni i w blogowaniu też trochę się zapuściłam, bo każda wolną chwilę przeznaczałam na drzemkę (w sumie do dziś przeznaczam). Ale powiedzcie sami: czy to jest teraz najważniejsze? Z biegiem czasu ilość karmień się zmniejsza. Teraz to już głównie poranki, wieczory i noce. Ale te karmienia są już zupełnie inne. Są pełne miłości, czułości, bliskości, zrozumienia. Ciężko je odstawić, gdy dziecko domaga się piersi i czeka, patrzy w oczy, mówiąc „Mama”. Niebawem czeka mnie powrót do pracy i nie wiem, czy uda mi się zachować ten piękny rytuał. Jedno jest pewne, że zostanie to w mojej pamięci już na zawsze i uważam, że to cenny dar i nagroda w zamian za to, że nie mogłam urodzić naturalnie. W życiu bym nie pomyślała, że tyle wytrwam. Ba, nigdy bym nie pomyślała, że można nie przespać całej nocy przez cały rok! 😉

A poniżej drogie mamy dzielę się z  Wami przepisem na moja ulubioną sałatkę, którą zajadam się przynajmniej raz w miesiącu 🙂 Na zdrowie!


Ulubiona sałatka matki karmiącej  – Sałatka z awokado i tuńczykiem

Receptura na jedną osobę:

  • 1 sztuka awokado odmiany Hass
  • 100g tuńczyka w sosie własnym
  • 1 jajo rozmiar M
  • Świeży szczypiorek
  • Świeża nać pietruszki
  • Oliwa z oliwek BIO
  • Sól i pieprz do smaku
  • Sok z połowy cytryny

Przygotowanie:

  1. Awokado obrać ze skórki, usunąć pestkę, pokroić w kostkę. Skropić sokiem z cytryny.
  2. Tuńczyka odsączyć z zalewy.
  3. Koper i pietruszkę posiekać.
  4. Jajo ugotować na twardo (od momentu wrzenia wody 8 minut – woda osolona).
  5. Na talerzu ułożyć awokado, tuńczyka, jajo, dodać pietruszkę i koper. Doprawić solą i pieprzem, polać obficie oliwą, dobrze wymieszać i zajadać!

 

 

Rozgrzewająca zupa z ciecierzycą i garam masala

Marzec, zima, zimno…  Ba, co ja piszę, prawdziwe mrozy! A na taki srogi chłód najlepsza rozgrzewająca i pożywna zupa.

Oto i ona.

Aromatyczna, słodko-ostra, z lekką nutą orientu, cudownie sycąca zupa z ciecierzycą. Jestem pewna, że na stałe zagości w waszym menu. Ja ugotowałam ją dziś pierwszy raz i jestem pewna, że nie ostatni! A zatem fartuchy za pas i do kuchni marsz! 😉


Rozgrzewająca zupa z ciecierzycą i garam masala

Z receptury wychodzi 6 pożywnych porcji

Składniki:

  • 1 duży słodki ziemniak batat
  • 1/2 dyni piżmowej
  • 1 duża marchew
  • 1 ząbek czosnku
  • 2 cm kawałek świeżego imbiru
  • 300 g czerwonej ciecierzycy w połówkach
  • 1 łyżka stołowa przyprawy garam masala
  • 1 czubata łyżka stołowa koncentratu pomidorowego
  • 400 g pomidorów krojonych z kartonika
  • 400 ml mleka kokosowego
  • 1 łyżka oleju kokosowego
  • woda
  • sól i świeżo mielony pieprz do smaku

Dodatkowo do podania: świeżo siekany szczypior, bądź kolendra

Przygotowanie:

  1. Dynię, marchew i batata obrać ze skórki, opłukać, pokroić w kostkę ok. 2cm x 2cm.
  2. Czosnek i imbir obrać, drobno posiekać.
  3. W dużym garnku rozgrzać łyżkę oleju kokosowego. Na rozgrzany olej wrzucić warzywa. Gdy lekko się zrumienią dodać przyprawę garam masala, czosnek i imbir. Dokładnie wymieszać.
  4. Zalać wszystko wodą tak, aby zakrywała wszystkie warzywa i była nieco ponad nimi około 1-2cm. Zagotować, po czym zmniejszyć nieco ogień, by wodą nie wrzała, ale delikatnie się gotowała.
  5. Gotować pod przykryciem około 30 minut.
  6. Po tym czasie dolać mleczko kokosowe, pomidory z kartonika, dodać koncentrat. Dokładnie wymieszać.
  7. Dosypać soczewicę i gotować jeszcze 10 minut. Doprawić do smaku solą i świeżo mielonym pieprzem.
  8. Podawać z posiekanym szczypiorkiem, bądź świeżą kolendrą.

SMACZNEGO!

Tradycyjne naleśniki z białym serem

Naleśniki mają w sobie tę niezwykłą moc, że sprawdzą się na każdą okazję. Rewelacyjne na śniadanie z ulubioną konfiturą, doskonałe na obiad z wytrawnym farszem, bądź na podwieczorek z białym serem. Możliwości jest mnóstwo, ale pewne jest to, że każdy mógłby się nimi zajadać przynajmniej raz w tygodniu 😉 Odkąd moja córka skończyła 10 miesięcy rozsmakowała się w naleśnikach i wszelkiego rodzaju omletach. Stąd też pojawił się pomysł, czemu by nie podzielić się najprostszym i najlepszym sposobem na naleśnika – zatem częstujcie się i smażcie całe góry miękkich placków! 😉

Naleśniki z białym serem

Receptura dla 4 osób

  • 2 i 1/2 szklanki mąki pszennej przesianej przez sito
  • 2 szklanki mleko o zawartości 3,2 % tłuszczu
  • 2 szklanki wody gazowanej, bądź średnio gazowanej
  • 3 łyżki rozpuszczonego masła o zawartości tłuszczu min. 82%
  • szczypta soli
  • 4 jaja rozmiar M

Przygotowanie:

Do dużej wlać mleko, wodę, dodać jaja, sól, rozpuszczone masło, a na koniec przesiać przez sito mąkę i dodać. Wszystko dokładnie wymieszać (najlepiej zrobić to mikserem). Odstawić na 30 minut w zaciemnione miejsce (można przykryć ściereczką). Po tym czasie smażyć na rumiano, najlepiej bez tłuszczu na patelni do naleśników).

P.S. Tym, którzy nie liczą kalorii polecam gotowe naleśniki nadziane farszem odsmażyć na masełku klarowanym – będą mega chrupiące!


Nadzienie z białego sera (idealne dla dzieci):

450 g twarogu (półtłusty lub tłusty)

180g jogurtu naturalnego

3 czubate łyżki cukru

ewentualnie, jęli lubicie polecam dodać do farszu: łyżeczkę cukru waniliowego, bądź 1/2 łyżeczki cynamonu. Doskonale wpasuje się również masło orzechowe, kakao czy domowe powidła 🙂

Przygotowanie:

Wszystkie składniki wymieszać dokładnie w misce do uzyskania jednolitej masy. Można zmiksować w blenderze na gładko, bądź połączyć widelcem, jeśli lubicie grudki.

A oto propozycja podania:

Tym, którzy lubią przełamać słodycz kwaśnością polecam glazurę balsamiczną o smaku czarnej porzeczki od lokalnego producenta firmy OCTIM – mniam!