Tę sałatkę przygotowuję bardzo często. Jest bardzo prosta, szybka, smaczna, a przede wszystkim bardzo pożywna – prawdziwa bomba energetyczna. Moja przygoda z ciecierzycą zaczęła się jakiś rok temu i ciągle trwa 🙂 Uwielbiam, kiedy chrupiące kuleczki łączą się w potrawie z innymi składnikami. Możecie spokojnie przygotować ją dzień wcześniej i zabrać ze sobą do pracy, do znajomych, czy zaserwować na obiad albo na przyjęcie w ogrodzie. Sprawdzi się zawsze i wszędzie. Zatem – częstujcie się na zdrowie! 🙂
Sałatka z kuskusem perłowym, ciecierzycą, awokado, granatem i czarnuszką
100 g ugotowanej kaszy kuskus perłowej
1 dojrzałe awokado
1/2 dojrzałego granta
szklanka ciecierzycy z zalewy ze słoiczka
1 łyżka stołowa nasion czarnuszki
sok z cytryny (do polania awokado)
świeża bazylia (najlepiej porwana w ręku)
Dressing:
1/2 szklanki dobrej jakości oleju rzepakowego, bądź oleju rydzowego
1 ząbek czosnku
1 łyżka musztardy miodowej
1 łyżeczka miodu
1 łyżka octu jabłkowego 6%
1 łyżeczka świeżego, startego imbiru
sól, pieprz – do smaku
Przygotowanie:
Kuskus perłowy wrzucić do wrzącej, lekko osolonej wody i gotować 10 minut. Ugotowaną kaszę wrzucić na sito i przelać zimną wodą. Odcedzić.
Awokado obrać ze skórki, usunąć pestkę i pokroić w kostkę wielkością zbliżoną do ciecierzycy. Polać miąższ lekko sokiem z cytryny, żeby awokado nie ściemniało.
Z granata wyjąć pestki, uważając, by nie było żadnych łusek.
Ciecierzycę odcedzić na sicie. Można lekko rozrzucić ją na papierowy ręcznik i docisnąć drugim, żeby pozbyć się nadmiaru płynu.
W misce połączyć wszystkie składniki. Delikatnie wymieszać.
Przygotować dressing. Można wszystkie składniki wrzucić do wysokiego naczynia i zblendować na gładko.
Sałatkę wyłożyć na talerze, polać dresingiem, posypać czarnuszką. Na wierzch porwać świeżą bazylię. Gotowe! 🙂
Pamiętam, jak rok temu, po dłuższej przerwie w blogowaniu, spowodowanej narodzinami mojej córki, zaczęłam przeglądać zdjęcia na swoim blogu. Pamiętam, że podeszłam do tego bardzo surowo i sceptycznie. I to właśnie tego dnia postanowiłam, że chcę robić lepsze zdjęcia. Zaczęłam dużo czytać, by nieco poduczyć się fotografii. Godzinami szukałam mnóstwa informacji w sieci o doborze sprzętu i stylizacji jedzenia. Przede wszystkim zaś, zaczęłam od siebie. Moje zdjęcia zazwyczaj były bardzo przypadkowe, jakieś szybkie „pstryk” przed jedzeniem. Dlatego też zaczęłam od początku, właściwie powinnam zacząć w ten sposób, gdy tylko założyłam bloga. No tak, ale gdybym miała ten rozum i tamte lata, prawda?
Dlatego przez ten rok poczyniłam naprawdę wiele, poznałam wspaniałe osoby i na zabój zakochałam się w foodphotography. Zmieniłam też aparat, zakupiłam obiektyw, lampę, blendę, zrobiłam kilka teł. I choć to dopiero początek, frajda jest niesamowita! Wiele pracy przede mną, a tym wpisem i zdjęciem chciałam poniekąd wprowadzić Was w moją małą artystyczną metamorfozę. Oczywiście, póki co nie zamykam się na jeden styl, bo wciąż go szukam. Po roku moich doświadczeń z pewnością mogę stwierdzić, iż fotografia to bardzo ciekawa dziedzina, ale też bardzo pracochłonna, czasochłonna i zdecydowanie dla wytrwałych. Raz jeszcze dziękuję fotografom, którzy stanęli na mojej drodze za wszystkie cenne rady,a najbliższym za wsparcie.
A teraz częstujcie się moją sałatką, której dresing podkręca wszystko i trzymajcie za mnie mocno kciuki! Pozdrawiam, Natasza 🙂
Sałatka z kozim serem i dresingiem malinowo-limonkowym
Porcja dla dwóch osób:
1 opakowanie miksu sałat (180 g)
1 dojrzałe awokado
sok z całej cytryny
200 g koziego sera (miękka roladka)
pół świeżego ogórka zielonego długiego
1 lekko twarda gruszka
1/2 dojrzałego granatu (owoce)
świeża bazylia
świeże maliny (opcjonalnie inne czerwone owoce)
Dresing malinowo-limonkowy
400 g mrożonych malin
sok z 1 limonki
3 solidne, duże łyżki stołowe miodu
100 ml oliwy z oliwek
świeżo mielony pieprz do smaku
Przygotowanie:
Sałatka:
Sałatę opłukać, osuszyć.
Awokado przekroić na pół, usunąć pestkę, wyjąć delikatnie miąższ i pokroić w kosteczkę. Polać połową soku z cytryny (resztę zostawić dla gruszki) wówczas awokado nie będzie ciemniało i będzie lekko kwaskowe.
Roladkę pokroić w plasterki grubości około 1 cm.
Ogórek dokładnie umyć. Obieraczka zrobić delikatne paseczki, obierając ogórka wzdłuż. Później ładnie zawinąć plasterki, układając na sałacie.
Gruszkę obrać ze skórki, usunąć gniazdo nasienne, pokroić w plasterki, a później polać sokiem z cytryny, żeby nie ciemniała.
Z granata wydłubać pestki (nasiona), odrzucając łuski. Najlepiej granat obiera się zanurzony w wodzie 🙂
Na talerzach ułożyć sałatę, później poukładać kozią roladkę, ogórka, awokado, gruszkę, świeże maliny. Dodatkowo dodać dla smaku listki świeżej bazylii i mięty.
Dresing:
Na patelnię wyłożyć maliny. Smażyć, aż puszczą sok. Nie smażyć za długo, gdyż zależy nam na tym, żeby zostało jak najwięcej soku.
Na dużą miskę układamy sitko z najmniejszymi oczkami, po czym wykładamy maliny do sita i przecieramy, żeby pozbyć się pestek.
Kiedy pulpa malinowa przestygnie wyciskamy do niej sok z jednej limonki. Dodajemy miód, a następnie powoli dolewamy strumieniem oliwę z oliwek partiami, żeby sos nam się nie rozwarstwił. Dolewając oliwę intensywnie mieszamy, dokładnie mieszamy, najlepiej trzepaczką spiralną – wówczas dresing ładnie się napowietrza.
Doprawić lekko świeżo mielonym pieprzem, żeby sos był nieco ostrzejszy. Można dodać też posiekaną świeżą miętę.
Cielęcina to bardzo delikatne i chude mięso. Najbardziej lubię przygotowywać z niego gulasze albo dorzucić do zupy. Dzisiaj serwuję Wam banalnie prosty, ale jakże smaczny przepis na gulasz z cielęciny z warzywami i ziołami. Wystarczy ugotować kaszę, bądź ziemniaki i obiad gotowy! 🙂
Prosty i delikatny gulasz z cielęciny z warzywami
0,5 kg mięsa z cielęciny w kawałku
łyżka masła klarowanego
2 łyżki mąki kukurydzianej
2 listki laurowe
1 duża marchewka
2 cebule czerwone średniej wielkości
1 papryka czerwona
1 płaska łyżeczka pieprzu ziołowego
1 płaska łyżeczka soli
1 płaska łyżeczka słodkiej papryki mielonej
1 płaska łyżeczka ostrej papryki mielonej
1 płaska łyżeczka mielonego imbiru
1 płaska łyżeczka suszonego oregano
1 płaska łyżeczka suszonej bazylii
Do podania: świeża pietruszka i świeża kolendra
Przygotowanie:
Mięso pokroić na kawałki dowolnej wielkości, ja kroję w kostkę o boku 4-5 cm. Mięso obtoczyć w mące kukurydzianej.
Na patelni rozgrzać masło klarowane. Na rozgrzany tłuszcz wrzucić mięso i smażyć z każdej strony na rumiano.
Kiedy mięso już będzie dobrze przesmażone, zalać je szklanką wody, dodać listki laurowe, przykryć i dusić na wolnym ogniu do miękkości około 1 godziny. Jeśli wody będzie za mało, tzn. nie będzie przykrywała mięsa, należy trochę jej dolać.
Po tym czasie dodać marchewkę pokrojoną w krążki, cebulę pokrojoną w piórka i paprykę pokrojoną w paseczki. Dusić razem jeszcze około 45 minut.
Po tym czasie wszystko doprawić. Jeśli jest dla Was za łagodne możecie dodać soli i pieprzu według uznania. Dusić jeszcze około 10 minut razem.
Mięso powinno być bardzo delikatne i kruche. Ja nie zagęszczam już mąką, gdyż na początku dodaję mąkę, która później z rozklejoną cebulą ładnie zagęści sos.
Wystarczy teraz podać z kaszą, ziemniakami lub makaronem i ulubioną surówką, najlepiej z kapusty kiszonej i gotowe! Ja zawsze dodaję też świeżą kolendrę i natkę pietruszki – dodatkowa porcja witaminy C 🙂
Do wołowiny mam ogromny sentyment. Już na ostatnim roku studiów na gastronomii zdecydowałam się, że tematem przewodnim mojej pracy inżynierskiej będzie właśnie ona. Przychodziłam w weekendy na uczelnię i badałam na różne sposoby steki z rostbefu, sprawdzając później, jak marynata wpływa m.in. na ich kruchość, smak i zapach. To mięso, o którym wiem naprawdę sporo. Wiele razy próbowałam zrezygnować z jedzenie mięsa, ale miłość do wołowiny utrudnia mi bardzo podjęcie tej decyzji. Dlatego też pewnie nigdy nie zostanę stuprocentową weganką.
Nadeszła zatem pora na porządne jedzenie! Była akurat sobota, tuż po godzinie 12. Wracaliśmy z mężem z zakupów, a za oknem padało i wiało. Pomyślałam, że nie mam ochoty dziś gotować i chciałabym pójść spróbować czegoś dobrego, najlepiej z mięsem i żeby były dobre sosy, i frytki. Jako, że od niedawna mieszkamy na Jarotach nie chcieliśmy ruszać gdzieś daleko w miasto czy na starówkę. Pomyślałam, że muszę zacząć od swojej dzielnicy. Pójść w kilka miejsc, w których serwują potrawy z różnych kuchni, o różnych smakach. I tak właśnie trafiliśmy do Krova Grill & Pub. Słyszałam już wcześniej od znajomych, że to fajne miejsce z dobrym jedzeniem. Zaczęło się dobrze, bo lokal ledwo otwarty, a już zajęte dwa stoliki. Super, chcę tu zostać! I jeszcze to fantastyczne wnętrze! „Tak, tutaj dzisiaj zjemy” – pomyślałam.
Loftowe wnętrze sprawia, że czuć tutaj mega swobodę i ma się chęć zostać nieco dłużej. Dobry design w lokalu to moim zdaniem połowa sukcesu, zawsze chętniej się wraca w takie miejsca. Zresztą, zobaczcie sami, jak tu czadowo 🙂
Menu bardzo konkretne. Możemy zjeść tutaj: tatara wołowego, steki z Antrykotu, burgery z wołowiny dojrzewającej, z kurczakiem, z burakiem. Są też sałatki, różne przekąski, napoje bezalkoholowe i z alkoholem. Dodatkowo lokal ma w ofercie pizzę, którą można zamówić na miejscu, a wypiekana jest obok w sali, w której mieści się już pizzeria, znana wszystkim pod nazwą „Mała Italia”. Co za pomysł, rewelacyjny, do dziś jestem oczarowana tym rozwiązaniem!
Zdecydowaliśmy się na burgery. Dawno nie jedliśmy, zatem z chęcią spróbujemy. Słyszałam wiele pozytywnych opinii na temat burgerów w tym miejscu, więc pora to sprawdzić 😉 W oczekiwaniu na burgery zamówiliśmy sobie oranżadę gruszkową (rewelacyjną, na bazie wody źródlanej!) oraz kawę z mlekiem.
Na oknie dojrzeliśmy planszówki, co uważam za świetny pomysł. Zawsze można przyjść w większym składzie i zagrać w coś przy dobrym jedzeniu. Super!
Na burgery nie czekaliśmy długo, około 15 minut. Uważam, że to dobry czas. A teraz popatrzcie, co dobrego wybraliśmy:
Burger z wołowiny dojrzewającej z konfiturą cebulową (cena 22 zł za 160g w wersji z frytkami). W tym przypadku jasna bułka owsiana, mięso, konfitura z czerwonej cebuli, ser lazur, kiełki i sos miodowo-musztardowy. Muszę Wam powiedzieć, że mimo, iż to mniejsza porcja burger był naprawdę duży i porządnie naładowany dodatkami i sosem. Dodatkowo sos w kokilce do maczania frytek. Mięso w punkt, ciepłe, bardzo dobrze razem wszystko zagrało. Dodatkowo dostaliśmy sztućce, ale poradziliśmy sobie bez, jedząc rękoma, gdyż bułka bardzo dobrze trzymała całą kompozycję. Bardzo dobry sos miodowo-musztardowy, którego było wystarczająco do porcji. Aha, i nie wspomniałam, że sos i rodzaj bułki możecie sobie wybrać.
2. Burger z wołowiny dojrzewającej z Guacamole (cena 22 zł za porcję 160g z frytkami). Burger składał się z ciemnej bułki wieloziarnistej, bekonu, guacamole pieczarkowo-ogórkowego, papryki i rukoli. Wybrałam sos mango i barbecue. Porcja według mnie bardzo duża! Jeszcze w ciemnej bułce – idealna na mój żołądek 🙂 Bardzo zaintrygowało mnie to guacamole, wcześniej nie jadłam takiego połączenia smakowego, ale muszę przyznać, że było ciekawie. Wybór sosu mango był zaskakujący, trochę szalony z mojej strony, ale lubię przełamywać wytrawne smaki słodyczą. No ale sos barbecue nie boję się tego powiedzieć – najlepszy, jaki jadłam w Olsztynie. Ależ on był dobry, gęsty, kremowy i ten smak, no nie do opisania. Pani obsługująca nas poinformowała mnie, że wszystkie sosy są robione na miejscu. Super, mam nadzieję, że i ten sos od podstaw robiony jest w lokalu.
Na koniec jeszcze parę słów o frytkach. Frytki od samego początku miękkie w środku, a chrupiące na zewnątrz, podane były bardzo ciepłe i długo utrzymywały temperaturę. Przyjemnie dosolone, bardzo smaczne. I porcja do burgera też solidna. Dobrze, że przyszłam z mężem, bo pewnie resztę zapakowałabym na wynos 😉
Jeżeli jeszcze nie odwiedziliście Krova Grill & Pub to pora nadrobić zaległości! Możecie zjeść w lokalu, ale możecie zamówić sobie też pyszności do domu. Najlepiej dzwoniąc bezpośrednio, wówczas zawsze możecie dogadać szczegóły Waszego zamówienia i Pani z obsługi na pewno coś doradzi. Notabene, obsługa bardzo miła, konkretna, wyrozumiała. Nawet jak biegałam z aparatem to Pani nie zwróciła mi uwagi 😉 Dziękuję i pozdrawiam. Smacznie się najedliśmy! Ekstra, że jest takie miejsce na Jarotach i nie muszę ruszać na drugi koniec miasta, żeby zjeść dobrego burgera. Na pewno wrócimy na inne smakołyki, albo zamówimy coś na wynos. Niestety, ale dobre burgery w naszym mieście na palcach jednej ręki mogę zliczyć, więc podwójnie się cieszę, że mogę przyjść, poczekać w ciepłym i miłym wnętrzu, i jeszcze dobrze się najeść!
*Post nie jest sponsorowany. Za wszystkie dania i napoje zapłaciłam. Recenzja jest jedynie moją opinią o lokalu, która ma na celu pomóc w wyborze miejsca, w który można smacznie zjeść w Olsztynie.
Restaurację Yoko, która mieści się w samym sercu olsztyńskiej starówki, miałam okazję odwiedzić w ramach Restaurant Week na Warmii i Mazurach w kwietniu 2018 roku (możecie przeczytać o tym tutaj: https://www.sajkofankasmaku.pl/uncategorized/restaurant-week-kolejna-edycja-ruszyla-na-warmii-i-mazurach/ ). Z Yoko zamawialiśmy też wielokrotnie ze znajomymi sushi, bo jest naprawdę dobrej jakości – porcje solidne, porządnie nadziane, idealnie doprawiony ryż, nigdy nie rozpadły się nawet w dowozie. Ale dziś chciałam Wam przedstawić drugą stronę tejże restauracji…
Jako, że jest niedzielne popołudnie, za oknem mega szarówka, a 2/3 domowników zaatakował wirus, zdecydowaliśmy się na jedzenie w dostawie. Wybór padł na Yoko, gdyż naszła nas przeogromna ochota na zupy w stylu azjatyckim. Tak bardzo chcieliśmy poczuć piekący smak, który rozgrzeje nasze brzuchy. Na dowóz czekaliśmy prawie dwie godziny, ale lokalizacja mojego miejsca zamieszkania oraz godzina zamówienia miała tutaj zapewne istotny wpływ. Ważne, że zupy były jeszcze ciepłe, a dodatki zapakowane oddzielnie.
Wszystkie zdjęcia wykonałam w domu. Zaraz po przywiezieniu zupy przelałam do głębokich talerzy. Mimo, że zamawiam coś na dowóz, nigdy nie jadam dostarczonych dań z jednorazowych naczyń, gdyż uważam, że ogromnie wpływają na smak. Poza tym ucieka cała przyjemność jedzenia.
Zatem zaczynamy!
Zupa PHO (350 ml – 15 zł) – poprosiłam o wersję łagodną dla mojej córki. Zupa smaczna, klasyczne PHO, ale bez chili i marynowanego czosnku to dla mnie nie to. Jednak wielki ukłon w stronę obsługi za pomoc w wyborze dania dla dziecka! Pan, który odebrał telefon od razu zaproponował mi zupę Pho, jako danie dla najmłodszych. Zobaczcie, jak pięknie się prezentuje 😉
PHO
2. Ramen z wołowiną. Makaron pszenny/marynowane jajo/ kiełki/nori(porcja 26 zł). Przepyszny bulion. Nawet w dostawie makaron był al dente. Marynowane jajo, wołowina i ciecierzyca doskonale zagrały. Ponieważ była to porcja dla mojego męża, po konsumpcji powiedział mi tylko, że bardzo mu smakowało, ale było za mało ostre. Być może w lokalu dostałby dodatkowe chili, ale ja zamawiając przez telefon na to nie wpadłam.
Ramen z wołowiną
3. Ramen Tom Yum(porcja 28 zł) – ogień! Ależ to rozgrzało. Ramen w takiej wersji zostawiłabym w karcie na stałe. To prawdziwa gratka dla miłośników ostrości oraz osób, które poszukują interesujących połączeń smakowych. W tej wersji miałam dodatkowo krewetki. Przyznam szczerze – ostrość mnie powaliła i nie zjadłam do końca, ale najadłam się do syta! Ten Ramen to zdecydowanie nasz faworyt!
Ramen Tom Yum
4. Kimchi (porcja – 8zł) – zdecydowałam się na dojrzalszą kiszonkę. Rewelacyjna! Bardzo ostra. Długo szukaliśmy z moim mężem kimch, które będzie porządnie chrupało. Niestety w wielu miejscach kimchi jest albo za suche, albo za mokre, albo za miękkie (bleee :P). Na szczęście tutaj doskonale uzupełniło smak naszych zup – dzięki! No i ten soczysty kolor…
Niestety nie jestem znawcą języka japońskiego, ale dociekliwie szukam zawsze znaczenia słów mi nieznanych. „Yoko” w języku japońskim ma wiele znaczeń, jest to również znane inne żeńskie. Jednak ja znalazłam jedno określenie, które uznałam, iż doskonale wpasuje się w ducha tejże restauracji. Być może właściciel się ze mną nie zgodzi, ale po dzisiejszym obiedzie „Yoko” oznacza dla mnie „swobodę”, gdyż właśnie swobodę poczułam nie tylko w ogólnie panującym menu, ale również w każdym daniu, które miałam okazję spróbować.
Restauracja Yoko nie będzie już dla mnie tylko miejscem serwującym doskonałe sushi. Od dziś będzie miejscem witającym mnie aromatycznymi bulionami, uzupełnionymi w wysokiej jakości dodatki, kojąc moje zmysły smakiem, zapachem i kolorami.
*Za wszystkie dania zapłaciłam – dowóz kosztował mnie 15 zł.
Jeśli jesteście ciekawi, co dobrego możecie spróbować w Yoko zapraszam Was na ich stronę internetową oraz facebook’a. I pamiętajcie – zamawiajcie jedzenie zawsze bezpośrednio z restauracji – macie wtedy większą kontrolę nad daniami i zawsze będziecie w stu procentach zadowoleni!
Nie potrafię Wam wytłumaczyć, dlaczego nie lubię robić pączków w domu. Może dlatego, że to mega pracochłonny proces, a może dlatego, że nie lubię smażyć? Z tego też powodu w Tłusty Czwartek zawsze decyduję się na zakup pączków. Kilka lat wstecz mój wybór pączków w ramach tego obrządku obracał się głównie wokół jednego schematu. Rano jeździłam do kilku piekarni/cukierni w mieście i kupowałam po jednym pączku, a później wspólnie z najbliższymi jedliśmy po kawałku. Niestety, wiele razy już po pierwszym kęsie niektóre pączki mogłabym od razu oddać z powrotem… Jestem pewna, że ta okrutna dola spotkała również i Was niejednokrotnie, prawda? Kiedy w 2017 roku Basia Starecka poprosiła mnie o przeprowadzenie rankingu pączków w Olsztynie dla KUKBUKa (możecie zerknąć tutaj -> https://www.sajkofankasmaku.pl/uncategorized/czy-aby-na-pewno-olsztyn-paczkami-stoi/ ), moje spojrzenie na zakup tych okrągłych, nadzianych słodkości zmienił się diametralnie. Po pierwsze, otworzyło mi to oczy, jakie miejsca i gdzie serwują pączki na danym poziomie i skrupulatnie postanowiłam, że już teraz wcześniej będę raz na jakiś czas kupować pączki, by w Tłusty Czwartek być nie tylko zadowoloną, ale też zdrową. Prześledziłam wiele miejsc i teraz mogę Was zapewnić, że jedynie w cukierniach, bądź restauracjach pączki naprawę mają swoją jakość. Pączki z piekarni to dla mnie w większości nieudany wypiek, zupełnie nie mój smak, ze znikomą ilością nadzienia. Nie wspominam już o dyskontach, choć wiem, że mnóstwo ludzi kupuje tam pączki, głównie ze względu na cenę. Dlatego postanowiłam, że nie będę tego komentować. Ale wróćmy do meritum. Dziś Tłusty Czwartek. Od wczoraj każdy mieszkaniec Olsztyna wie, gdzie można kupić najlepsze pączki dzięki rankingowi, który przygotowała dla mieszańców Gastronautka. W tym roku najlepsze pączki piecze Restauracja Lago Cafe & Restaurant! Zdecydowałam się i ja, że moje pączki w tym roku kupię w Lago. Udało się nawet z dostawą do domu (dodatkowo płatna, dziękuję właścicielowi!). Nie ukrywam, że w Tłusty Czwartek lubię sobie porządnie pofolgować! Wiele osób tego dnia szuka tradycyjnego pączka, z konfiturą z róży, bądź powidłami śliwkowymi, a ja szukam jakiegoś twista, połączenia smaków, które mnie zaskoczy. W Lago pączka przetestowałam już ponad miesiąc temu na spotkaniu Olsztyńskich Blogerów Kulinarnych. Był tak dobry, że kupiłam na wynos dla całej rodziny. Nadzienie – marakuja – czujecie to? 😉
Ciasto takie przyjemne, miękkie, sprężyste, zniewalająco pachnące. Wybrałam pączki o smaku:kajmak i whisky, advokat, marakuja, biała czekolada. Nadzienia multum, tak bardzo dziękuję! 🙂 Wiem, że w Lago Patiserrie pracują dwie bardzo zdolne dziewczyny, które mimo swojego młodego wieku tworzą naprawdę wspaniałe słodkości. Bywałam w Lago już na wielu deserach i mogłabym tam wracać codziennie. Szkoda, że na starówkę tak daleko… O Lago planuję oddzielny post, bo to restauracja warta uwagi na olsztyńskiej gastro mapie. Jeśli będziecie w Olsztynie, koniecznie wpadnijcie do nich na słodkości i nie tylko – mają wspaniałe menu!
Moja mama uwielbia naleśniki. Zapewne to sprawa genów, bo zarówno ja i moja córka również się w nich lubujemy 🙂 No resztą mało kto nie lubi naleśników, prawda? Dodałam dziś do ciasta naleśnikowego odrobinę mielonej kurkumy i usmażyłam. Mam spore zapasy przetworów z ubiegłego lata, zatem idealnie pasował mi tutaj dżem z czarnej porzeczki.
Złociste naleśniki z kurkumą
Receptura na 12 sztuk naleśników tradycyjnej wielkości
2 jaja rozmiar L (najlepiej eko)
1 szklanka mleka pełnotłustego 3,2 % tłuszczu (może być również roślinne)
1 szklanka wody lekko gazowanej
3 łyżki oleju rzepakowego
2 szklanka mąki pszennej typ 550*
szczypta soli
1/2 łyżeczki kurkumy mielonej
Do podania: ulubiony dżem, cukier puder
*do odmierzania wody, mleka i mąki używam jednej szklanki o tej samej pojemności – zawsze się sprawdza! 🙂
Przygotowanie:
W dużej misce wymieszać jaja, mleko i wodę. Dodawać partiami przesianą mąkę. Na koniec dodać sól, kurkumę i olej. Dokładnie wymieszać, żeby nie było grudek, ale żeby był widoczne pęcherzyki powietrza.
Patelnię (najlepiej specjalnie przeznaczoną do smażenia naleśników) wysmarować delikatnie olejem (ja zawsze nadmiar rozprowadzam po całej patelni papierowym ręcznikiem).
Smażyć na złoty kolor – zajadać od razu, bądź po odsmażeniu czy zapieczeniu.
Proste, szybkie i smaczne, a jakie piękne, prawda? 😉
Walentynki to nie jest dla mnie jakieś szczególne święto, ale zgodzę się, że każda chwila jest odpowiednia, by okazać sobie miłość. Moje małe Pavlove są właśnie z miłości. Do pieczenia, do gotowania, do Was, że zaglądacie tu i czytacie. To mój pierwszy raz, kiedy dodałam do bezików kakao, bo chciałam, żeby coś się z nimi zadziało. Najbardziej lubię wykładać ubitą bezę na papier do pieczenia. Jest tak wspaniale klejąca, błyszcząca, a ja mogę ją dowolnie formować. Uwielbiam te nieregularne kształty, dzięki temu każda jest inna, prawie jak kobieta, prawda? 😉 Kakaowe bezy to mój debiut. Przyznam, że dobrze łączą się z puree z mango, kwaśnymi kuleczkami granatu i jeszcze bardziej kwaśną czerwoną porzeczką. Lekka jak piórko beza, kwaśne dodatki, bez ciężkiego kremu. Idealna na dopełnienie wspólnego obiadu, albo kolacji. Specjalnie dla Was!
I tak pięknie te mini Pavlove rozświetlają dzisiejszy ponury dzień… 😉
Kakaowe mini Pavlove z puree z mango, granatem i czerwoną porzeczką
Składniki na 6 mini Pavlovych
Mini Pavlova:
3 białka jaj rozmiar L
180 g cukru białego kryształu (najlepiej drobnego)
szczypta soli
1 łyżeczka octu z białego wina 6%
1 płaska łyżeczka mąki kukurydzianej
3 płaskie łyżki stołowe kakao
Dodatkowo:
200 ml puree z mango (ja użyłam z puszki)
1/2 owocu granatu (owoce)
czerwone porzeczki (możecie użyć oczywiście innych owoców zamiennie)
cukier puder do posypania
Przygotowanie bezy:
Piekarnik nagrzewamy do 100 stopni C.
Do dużej miski wrzucamy białka, dodajemy szczyptę soli i ubijamy pianę, aż będzie sztywna.
Zaczynamy dodawać cukier do białek – 1 łyżka – 2 minuty kręcenia miksera. Powtarzać czynność, aż skończy się cukier. Dodajemy kakao, ocet i mąkę. Delikatnie mieszamy do połączenia składników.
Na papierze do pieczenia uformować bezy w odstępach, żeby się nie dotykały. Moje Pavlovy mają około 10 cm średnicy.
Włożyć do piekarnika i piec w 100 stopniach C przez 1 godzinę i 30 minut na termoobiegu.
Po upieczeniu bezy zostawić w piekarniku, aż piekarnik całkiem ostygnie. Wtedy będą ładnie wysuszone z zewnątrz, a w środku miękkie, lekko chrupiące
Dekoracja:
Tuż przed podaniem polać obficie puree z mango, porozrzucać owoce granatu, porzeczki i posypać cukrem pudrem. Prawda, że piękne? 🙂
Ostatnio moje wpisy były bardzo skrócone i więcej było mnie w mediach społecznościowych, aniżeli na blogu. W minionych miesiącach w moim życiu naprawdę sporo się działo, zmagałam się z trudnymi decyzjami, ale pora nadrobić zaległości i wziąć się ostro w garść! Na poprawę humoru, odporności i jako dobry początek mojej nowej, lepszej drogi serwuję mega prostą, kolorową i fantastycznie smaczną sałatkę z mango i awokado. Na zdrowie! 🙂
Sałatka z mango i awokado z dresingiem musztardowo-miodowym
Składniki na 1 porcję:
2 garście miksu sałat, bądź ulubionego rodzaju sałaty
1/2 awokado odmiany hass
4 pomidorki koktajlowe
1/2 dojrzałego mango
1 łyżka stołowa białego sezamu
sok z 1/2 cytryny (wyparzonej)
Dresing:
1 łyżeczka musztardy miodowej*
1 łyżeczka musztardy francuskiej*
1 łyżeczka octu jabłkowego 6% *
2 łyżki oliwy z oliwek
1 łyżka miodu akacjowego płynnego
*ja korzystam z musztard i octów firmy z mojego regionu Octim – od 1965🙂
Sałatę umyć, osuszyć, porwać. Jeśli korzystamy z gotowego miksu sałat, wystarczy sałatę opłukać i osuszyć.
Mango i awokado przekroić na pół, a później w plastry. Skropić obficie sokiem z cytryny.
Pomidorki koktajlowe umyć, osuszyć pokroić w plasterki.
Wszystkie składniki dresingu połączyć i dokładnie wymieszać.
Kupiłam sobie nowe tła, kolorowe naczynia i postanowiłam, że będę jeszcze bardziej przykładać się do tego, co chciałabym Wam przekazać. Nie tylko receptura i zdjęcie wrzucone na szybko, ale przemyślana kompozycja, która ucieszy nie tylko Wasze oczy, ale i podniebienia. Przygotowałam dziś fantastyczne udka z kurczaka z pikantną przyprawą do skrzydełek od Vegeta Natur. Dawno nie jedliśmy z mężem tak dobrze doprawionego mięsa! Do tego kuskus z koperkiem, awokado, kolendrą, cytryna i oliwą oraz sałata. Połączenie idealne, niby dużo, ale jakże zdrowo i smacznie. Spróbujecie? Zapraszam 🙂
Słodko-pikantne udka z kurczaka z kuskusem na zielono
Receptura na 4 porcje
1 kg mięsa z udek kurczaka (udka pozbawione skóry i kości)
Udka z kurczaka obrać ze skóry i usunąć kości oraz chrząstki. Można skorzystać też z gotowych kawałków i kupić mięso z udek już wytrybowane.
W misce połączyć: miód, olej rzepakowy oraz przyprawę do pikantnych skrzydełek z kurczaka od Vegeta Natur. Dokładnie wymieszać, po czym zamarynować w mieszance mięso. Włożyć do lodówki na minimum 2 godziny.
W tym czasie obrać marchewkę i pokroić ją w półplasterki oraz opłukać szpinak.
Wyjąć mięso z kurczaka. Rozgrzać piekarnik do 180 stopni C.
W naczyniu żaroodpornym ułożyć marchewkę, suszone pomidory z oleju, szpinak, posypać pestki dyni. Na wszystko ułożyć mięso z udek z kurczaka.
Wstawić do piekarnika i piec przez 50 minut w 180 stopniach C (termoobieg, bez przykrycia). Po tym czasie posmarować masłem mięso na wierzchu, dodatkowo można obrócić uprzednio mięso, aby dokładnie obtoczyło się w wytworzonych podczas pieczenia sokach. Podnieść temperaturę do 220 stopni C i piec jeszcze przez 20-25 minut, aż mięso będzie rumiane.
Kuskus na zielono
Na sicie opłukać kaszę, po czym włożyć ją do miski.
Zagotować wodę i wrzątkiem zalać kaszę kuskus, żeby woda była około 3 cm nad powierzchnią kaszy. Woda sama wchłonie się do kaszy po około 3 minutach.
Kiedy kasza wchłonie całą wodę, kaszę dokładnie wymieszać, dodać sok z cytryny, pokrojone w kosteczkę awokado, posiekaną kolendrę i koperek. Doprawić solą i pieprzem do smaku.
Upieczone mięso podawać z kuskusem oraz sałatą z pomidorami, doprawioną oliwą z oliwek i cytryną. Mięso jest tak soczyste i aromatyczne, że od razu znika z talerza! Pyszności 🙂 Na zdrowie!