Krzewy czarnej porzeczki stanowią piękny element dekoracyjny każdego ogrodu. W tym roku na działce moich rodziców czarna porzeczka miała prawdziwy urodzaj! W słoneczne popołudnie razem z tatą zerwaliśmy 10 kilogramów owoców, które postanowiliśmy zamknąć w słoiku. Uwielbiam czarną porzeczkę prosto z krzaczka. Jednak dżem z owoców to prawdziwy rarytas, zwłaszcza jesienią i zimą. Idealny słodko-kwaśny wspaniale sprawdzi się do naleśników, domowych wypieków i na kanapkę.
Zawsze uciekałam od przetworów. Jest to proces długotrwały, jednak najwięcej czasu zajmuje przygotowanie słoików, wieczek, owoców. Samo gotowanie dżemu to już prawdziwa przyjemność. Owocowy zapach rozchodzi się po całym domu, a długotrwały proces gotowania cudownie zagęszcza całą masę. Dzisiaj chciałabym Wam przekazać najprostszy i najlepszy sposób na przygotowanie dżemu. Pochodzi z zapisków mojej mamy, mistrzyni domowych przetworów.
P.S. Ja chyba już się wciągnęłam w przygotowanie przetworów. Jutro do garnka powędrują owoce czerwonego agrestu. Dziękuję moim rodzicom za ogród pełen smaków!
Domowy dżem z owoców czarnej porzeczki
1 kg oczyszczonych czarnych porzeczek
250 g cukru
Umyte i przebrane owoce lekko zmiażdżyć, zasypać cukrem i odstawić na kilka godzin (najlepiej włożyć owoce do wielkiego garnka, w którym później będziemy gotować porzeczki.
Po kilku godzinach gotujemy dżem, aż próba krzepnięcia na talerzyku wykaże odpowiednie stężenie przetworu. Innymi słowy, jeżeli kropla dżemu wylana na zimny talerzyk nie rozpływ się, lecz zastyga – dżem jest gotowy i można przełożyć go do słoików.
Można gotować dwu lub trzykrotnie na kilkanaście minut.
Gorący dżem przekładamy do wyparzonych słoików, napełniając je do krawędzi otworu. Pamiętajmy, żeby krawędzie słoika były czyste. Zamykamy nakrętką typu twist-off (czystą i suchą). Pasteryzujemy 15 minut w 90 stopniach C.
Zielony to jeden z moich ulubionych kolorów. Z niecierpliwością czekam na wiosnę i lato, by zawartość moich talerzy zmieniła kolor właśnie na zielony. Na stoły wkroczył właśnie młody, świeży, okrąglutki bób. Krótko gotowany, w towarzystwie świeżych ziół, skropiony tylko oliwą, octem jabłkowym, miodem i doprawiony lekko pieprzem i solą to jest to! Oczywiście możliwości jest wiele. Ja przedstawiam Wam dziś jedną z najprostszych, lekkich i naprawdę smacznych. Częstujcie się po raz kolejny 😉
Sałatka z bobem i miętą
garść ugotowanego i obranego bobu
garść świeżych liści sałaty rzymskiej
1 łyżka posiekanego szczypiorku
1 łyżka posiekanej świeżej mięty
Dresing:
1 łyżka octu jabłkowego 6%
1 łyżka oleju z nasion czarnuszki
2 łyżki oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia (możecie użyć dobrej jakości olej rzepakowy, bądź olej lniany)
1 łyżka płynnego miodu
sól i pieprz do smaku
Bób gotujemy w łupince w małej ilości wody pod przykryciem – ok 10-15 minut od momentu zagotowania wody – wystarczy szklanka wody na 500 g. Najlepiej ugotować na parze. Obrać z łupinek. Sałatę porwać lub pokroić w paseczki, szczypiorek i miętę drobno posiekać.
Wszystkie składniki dresingu połączyć ze sobą i dokładnie wymieszać. Możecie dorzucić jajo sadzone, kawałek sera feta, bądź twarogu wędzonego. Smacznego!
Torty to dla mnie zawsze temat tabu. Tak, nie będę ukrywać, że w deserach się nie specjalizuję, choć bardzo lubię je robić i jeść. Stworzenie porządnego tortu wymaga precyzji, skupienia, pomysłowości i dużo więcej wolnego czasu, niż obecnie mam go ja. Ten tort powstał jednak z przypadku… Moja mama obchodziła wczoraj imieniny i rzekła mi tak : „Piekę biszkopt – zrobimy z truskawkami i galaretką”. Myślę sobie ok i mówię: „Ale ja chciałam zrobić Ci torcik bezowy. Już nawet upiekłam spody….”
Po pewnym czasie z pieca wyszedł biszkopt, ależ pachniał! Całe wieki nie jadłam domowego tortu na biszkopcie… Pomyślałam sobie, że połączymy siły i zrobimy go w wersji minimalistycznej. Nasz projekt rósł w siłę. Z lasu wróciła tata i przyniósł świeże, pachnące nieziemsko poziomki. I już wiedziałam co z nimi zrobię… 😉 Wspólnymi siłami stworzyłyśmy bardzo smaczny torcik, który z marszu udekorowałam świeżymi owocami i listkami mięty oraz kruszonymi bezikami.
I tak to właśnie jest u mnie z tymi deserami. Jak coś zaplanuję – nie zawsze wychodzi. Ale gdy zadziałam spontanicznie, powstają najpiękniejsze i najlepsze wypieki. Zatem smacznie Was zapraszam po mój przepis 🙂
Śmietanowy tort z poziomkami, truskawkami i borówkami
Składniki na biszkopt (receptura mojej mamy):
6 jaj rozmiar M
1 szklanka mąki (200 g)
1 szklanka cukru (150 g)
1 cukier waniliowy (15 g)
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżki stołowe wody gazowanej
Składniki do nasączenia blatów:
3/4 szklanki wody
1 czubata łyżeczka dobrej herbaty czarnej
sok z 1/2 cytryny
2 łyżki spirytusu
Składniki na krem budyniowy z owocami:
2 budynie śmietankowe
2 szklanki mleka pełnotłustego 3,2 %
2 łyżki stołowe cukru
180 g masła o zawartości 82% tłuszczu
9 dojrzałych truskawek, pokrojonych w kostkę
garść borówek
Składniki na masę na wierzch i do obłożenia tortu:
330 ml śmietanki 30 %
250 g serka mascarpone
2 łyżki stołowe cukru pudru
garść świeżych borówek
6 dojrzałych truskawek
2 szklanki świeżych poziomek
listki świeżej mięty
kilka bezików do pokruszenia
Przygotowanie:
Biszkopt:
Piekarnik rozgrzewamy do 175 stopni.
Do miski wrzucamy białka i miksujemy mikserem na puszystą masę. Następnie dodajemy na przemian łyżkami cukier wymieszany z cukrem waniliowym i po jednym żółtku. Dodajemy wodę gazowaną. Dokładnie ubijamy mikserem, ale nie za długo – wystarczy, że składniki się dobrze ze sobą połączą. Na koniec przyda nam się łopatka silikonowa i łyżka. Łyżką powoli dosypujemy mąkę z proszkiem do pieczenia przesiane przez sito, a łopatką silikonową delikatnie mieszamy. Masa musi być gładka, z widocznymi pęcherzykami powietrza.
Przelewamy ciasto do blaszki wysmarowanej masłem i obsypanej bułką tartą. Pieczemy 25 minut góra dół, później 10 minut termoobieg (do suchego patyczka i boków, które odejdą od blaszki) w 175 stopniach C. Po upieczeniu wyłączamy piekarnik i studzimy chwilę ciasto (ok. 5-8 minut) przy otwartych drzwiach piernika, po czym wyjmujemy z blaszki na kratkę, żeby ciasto odparowało.
Ostudzonego biszkopta kroimy na pół w poprzek. Nasączamy – herbatę zalewamy wrzątkiem, dodajemy sok z cytryny i spirytus. Studzimy.
Oba blaty obficie nasączamy, po czym przekładamy kremami (poniżej przepisy na kremy). Do środka dajemy krem budyniowy z owocami, a na wierzch krem śmietankowy i owoce ze świeżą mięta i pokruszonymi bezami.
2. Krem budyniowy:
Do rondelka wlewamy 1 i 1/2 szklanki mleka. W 1/2 szklanki zimnego mleka rozrabiamy budynie. Do gotującego się mleka dodajemy cukier i rozrobione budynie. Energicznie mieszamy, żeby nie było grudek. Wykładamy na talerz i studzimy. Ostudzone budynie miksujemy mikserem z miękkim masłem na gładką masę. Wrzucamy do masy borówki i pokrojone w kostkę truskawki – mieszamy delikatnie łyżką, żeby owoce ładnie połączyły się z masą.
3. Krem do obłożenia tortu:
W misce ubijamy mikserem śmietankę. Dodajemy cukier puder. Gdy śmietanka będzie ubita, dodajemy po łyżce serka mascarpone i dokładnie miksujemy. Gotowym kremem smarujemy wierzch i boki tortu.
„Cudze chwalicie, swego nie znacie”, czyli jak odkryłam oazę spokoju na warmińskiej ziemi.
Niespełna 30 minut samochodem od Olsztyna trafiłam ostatnio do miejsca, gdzie wypoczęłam, jak nigdy dotąd. A dobrze wiecie, że z dzieckiem wypoczynek wygląda już nieco inaczej. W miejscowości Tumiany stoi Stary Folwark, a w nim czeka na Was cisza, spokój i niezwykle smaczna, i co najważniejsze, kuchnia regionalna Warmii.
Miejsce skromne, w swojskim klimacie, bez przepychu, z wielkim potencjałem. Idealne na wypoczynek z rodziną. Piękne widoki na jezioro, lasy, łąki. A wieczorem koncert żab tuż nad rzeką. Polną drogą można wybrać się na spacer, by zwiedzić okolicę.
A w środku czeka na Was miła obsługa, czyste pokoje i wspaniałe jedzenie. Dokładnie, jedzenie jest tu naprawdę smaczne, domowe, bo właśnie o jedzeniu chciałam Wam tu napisać najwięcej.
Do Tumian trafiliśmy w największe upały, stąd też na pierwszy ogień poszedł dzbanek lemoniady – orzeźwiający, ugasił nasze pragnienie.
Napojeni mogliśmy spróbować posiłków. Ja z miłości do sałatek zdecydowałam się na tę pozycję z karty, zaś mój mąż na kaczkę.
Sałatą z grillowanym kurczakiem i ziołowym dresingiem zajadam się bardzo często. Ta była smaczna, mega porcja z sałatą z ogrodu, a nie z paczki! Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić to zbyt mała ilość dresingu w stosunku do ilości sałaty. Ja lubię jak sałata jest wręcz oblepiona sosem.
Kaczka – najlepsza! Soczysta, aromatyczna, do tego kluseczki i buraczki z wiśniami. Niestety, zdjęcia nie udało się zrobić, bo mój mąż pochłonął swoją porcję, zanim zdążyłam włączyć aparat… Cóż, będzie okazja, żeby wrócić 😉
Na deser wybrałam kawałek domowego ciasta. Czekoladowe z kremem i wiśniami. Bardzo smaczne, choć biszkopt jak dla mnie mógłby być bardziej nasączony.
Jako, że zostaliśmy na noc, drugiego dnia postanowiliśmy posmakować więcej pozycji z karty.
Na gości nocujących w Folwarku czeka od 8 do 10 śniadanie w formie bufetu szwedzkiego. Do wyboru kawa, herbata, soki, koktajle, domowe, wędzone na miejscu wędliny, świeżo wypiekany na miejscu chleb, świeże owoce, pasty kanapkowe, doskonała jajecznica i puszyste racuchy z powidłami. Mniam!
Nie wiedziałam co wybrać, zatem najlepiej spróbować wszystkiego po trochu, prawda?
W restauracji, czekając na zamawiane dania, jako poczęstunek możecie spróbować chleba wypiekanego na miejscu, podawanego w towarzystwie oliwy smakowej. Chleb rewelacyjny, inny, nieznany mi dotąd smak. Orzechy, pestki dyni, słonecznik, o lekko cebulowym, słodkawym smaku. Zupełnie odbiegał od jakże powielanych w restauracjach chlebach podawanych jako czekadełko. Nie mogłam się powstrzymać i kupiłam cały bochenek (jeszcze ciepły! 🙂 i zabrałam ze sobą do domu.
Chlebek spróbowaliśmy też ze smalczykiem, w którym najbardziej podobała mi się konsystencja i doskonała smarowność.
Na przystawkę zjedliśmy karasie w zalewie octowej i sałatkę z gruszką, truskawkami, fetą i świeżą miętą. Porcje bardzo duże, zwłaszcza sałatka, serwowana z chrupiącymi ziołowymi podpłomykami, z dresingiem słodko-kwaśnym na bazie octu balsamicznego skradła moje serce. Karasie zaś bardzo delikatne, doskonale odchodziły od ości, w cudownej słodko-kwaśnej zalewie. Gdybym tylko znała przepis na pewno odtworzyłabym je w domu! 🙂
Na pierwsze danie wybraliśmy zupy – specjały Folwarku – zupa warmińska oraz bulion drobiowo-wołowy z pierożkami z kaczki i podgrzybkami. Obie zupy naprawdę rewelacyjne, w punkt doprawione.
Moim faworytem została zupa warmińska z mięsnymi kluseczkami. Gęsta, zawiesista, na bazie śmietany, lekko kwaśna, w smaku bardzo przypominająca tradycyjny żur wielkanocny, jednak o niebo lepsza. Nie dałam rady zjeść do końca!
Nadszedł czas na danie główne. Mój mąż zdecydował się na delikatnego sandacza z sosem kurkowym, grillowanymi warzywami i ryżem z porem.
Ja, mięsożerca, na moje ukochane policzki wołowe z kapustą zasmażaną i pęczakiem ze słonecznikiem. Nareszcie! Tak, ktoś wreszcie zaserwował mi najlepsze policzki od pięciu lat. Delikatne, miękkie, soczyste, rozpływające się w ustach. Z doskonałym sosem i najlepszą na świecie kapustą! I do tego ten piękny talerz, który idealnie pasuje do tego miejsca… Oj, na pewno wrócę!
No i jak tu zmieścić deser? Zawsze mam na to jedną odpowiedź: Deser musi być! 🙂W Folwarku możecie dostać tradycyjne lody KROCZEK, które robione są w Olsztynie. W pucharku trzy gałki z bitą śmietaną i owocami – całe wieki nie jadłam deserku w pucharku! A lody – od zawsze mój numer jeden, więc byłam uradowana.
Lecz serce skradł inny deser. Owoce z francuskim kremem patissiere zapiekane pod kruszonką, podawane na ciepło. I tu sprawdziła się zasada – w prostocie siła! Dlaczego w domu tak rzadko zapiekam owoce pod kruszonką? Dziękuję za inspirację i tę doskonałą słodycz! Ciekawe połączenie wykwintnej kuchni z regionalizmem.
W Starym Folwarku w Tumianach odnalazłam ciszę, spokój, znalazłam czas dla siebie i rodziny. Ale co najważniejsze na warmińskiej ziemi odkryłam wspaniałe regionalne jedzenie, za którym będę tęsknić. Wielkie ukłony dla Szefowej Kuchni, Pani Aldony i całego zespołu folwarcznego. Tworzycie piękne miejsce, trzymam kciuki w dalszej rozbudowie i cóż… do zobaczenia!
Chcecie być na bieżąco? Zaglądajcie na facebook’a Starego Folwarku i stronę internetową. I oczywiście wybierzcie się tam z najbliższymi jeszcze tego lata! Być może spotkamy się przy wspólnym stole… 🙂
Zbyt rzadko zajadamy się dziczyzną, ale jak już trafi na nasz stół z wielką pasją zajadamy się każdym kawałeczkiem. Mięso z sarny jest delikatne, kruche, soczyste, o lekko słodkawym smaku. I choć był to mój debiut, jesli chodzi o przygotowanie udźca to myślę, że wyszło nie najgorzej. Z pomocą przyszli znajomi, książki kulinarne, ale i tak jak zawsze zrobiłam po swojemu! Z pewnością mogłoby być lepiej, bardziej tłusto, ale dobrze wiecie, że lubię jak jest zdrowo, smacznie i nie za ciężko. I tym razem tak było.
Jeśli kiedyś, tak jak ja, dostaniecie od męża w prezencie mięso z sarny, może akurat sięgniecie po mój przepis – zapraszam!
Pieczony udziec z sarny
2,5 kg udziec z sarny
Składniki marynaty (i sosu):
150 g musztardy sarepskiej
150 ml oleju rzepakowego
150 ml czerwonego wina półwytrawnego
świeżo mielony pieprz
1 łyżeczka czosnku niedźwiedziego suszonego
1 łyżeczka suszonego rozmarynu
1/2 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki suszonego cząbru
Do podania: świeże zioła – u mnie gałązki cząbru i tymianku
Przygotowanie:
1. Mięso myjemy, usuwamy większe błony.
2. Przygotowujemy marynatę (bejcę): w misce łączymy musztardę i wino. Dokładnie mieszamy, dodajemy przyprawy, po czym powoli dolewamy olej, żeby marynata było jednolita i nie rozwarstwiła się.
3. Tak przygotowana marynatą smarujemy obficie mięso, przykrywamy i wkładamy do lodówki.
4. Drugiego dnia ponownie smarujemy dokładnie mięso marynatą, która spłynęła. Czynność powtarzamy przez 4 kolejne dni.
5. Przed pieczeniem mięso wyjmujemy wyjmujemy z lodówki godzinę wcześniej.
6. Mięso pieczemy na dużej blasze wyłożonej papierem do pieczenia, bądź wysmarowanej tłuszczem, by mięso nie przywarło.
7. Wstawiamy do piekarnika i ustawiamy temperaturę 150 stopni C. Pieczemy 2,5 godziny. Po tym czasie podnosimy temperaturę do 185 stopni C i pieczemy jeszcze pół godziny, żeby mięso się dobrze przyrumieniło.
8. Do małego rondelka przelewamy pozostałości marynaty i dolewamy resztę, która wytopiła się z pieczenia. Podgrzewamy i chwilę gotujemy. Powstanie naturalny sosik z mięsa – najlepszy!
Podajemy z sałatą polaną oliwą, ziemniaczkami, bądź chlebem – i oczywiście piklami!
Botwinka to jedna z nowalijek, na które czekam najbardziej! Buraki bardzo często zajadam gotowane, pieczone, w sałatkach, bądź wyciskamy bezpośrednio sok z surowych z jabłkiem. Wiosną jednak pozycja obowiązkowa to zupa z młodej botwinki. Z jajem na twardo, śmietaną, koperkiem. Moja 14 miesięczna córa zajada się nią ze smakiem. Przygotowanie jest banalnie proste, a smak oddaje nam w nadmiarze. I choć zupa jest na samych warzywach, bez mięsa, to cała moja rodzina ją uwielbia. Lekkość bytu w upały wskazana! 🙂
Zupa z botwinki z jajem i śmietaną
Składniki:
2 duże pęczki młodej botwinki razem z buraczkami
3 średniej wielkości marchewki (najlepiej młode)
2 małe korzenie pietruszki
1/4 bulwy selera
1 mały por
1,5 l wody
ziele angielskie – 3 szt.
liść laurowy – 2 szt.
4 łyżki octu jabłkowego
1 łyżeczka cukru
pieprz i sól do smaku
Do podania:
Gęsta śmietana 18 %
Jaja ugotowane na twardo
Świeży koperek
Przygotowanie:
W dużym garnku zagotować wodę z listkami laurowymi i zielem angielskim.
Na tarce o grubych oczkach (bądź na maszynie o grubych oczkach) zetrzeć buraczki, marchewki, pietruszki, selera. Pora pokroić drobno. Liście i łodygi botwinki pokroić na szerokość 1,5 cm.
Na wrzątek wrzucić warzywa – bez botwinki.
Zmniejszyć płomień i gotować, aż warzywa zmiękną. Wówczas dorzucić botwinkę i gotować około 10 minut.
Doprawić octem jabłkowym, sola , cukrem, pieprzem. Można dodać sok z cytryny.
Jaja ugotować na twardo, koperek posiekać.
Podawać botwinkę z jajem, kleksem gęstej śmietany i świeżo siekanym koperkiem. Smacznego! 🙂
Zielona główka kapusty. Młodej, świeżej, wiosennej. Pięknie pachnącej, zwłaszcza podczas gotowania! Najlepsza krótko gotowana, z mięskiem i dużą ilością kopru. Tak, na to czekałam cały rok! A Wy? 😉 Częstujcie się!
Młoda kapusta z koperkiem
1 główka młodej kapusty
1 pętko kiełbaski jałowcowej
0,5 kg mięsa z łopatki wieprzowej
duży pęczek koperku (największy! 🙂
1 listek laurowy
3 ziarenka ziela angielskiego
sól, świeżo mielony pieprz do smaku
1 łyżka oleju rzepakowego
0,5 szklanki wody przegotowanej
Przygotowanie:
1. Mięso pokroić z kostkę, kiełbaskę w półplasterki.
2. Kapustkę poszatkować cienko.
3. Koperek posiekać drobno.
4. W dużym garnku rozgrzać łyżkę oleju rzepakowego. Wrzucić mięso i kiełbaskę na rozgrzany tłuszcz. Podsmażyć z obu stron, żeby mięso zamknęło pory. Dorzucić kapustę, listka laurowego, ziele angielskie. Dobrze wymieszać. Dolać wodę i dusić ok. 45 minut w zależności od gustu. Kapusta powinna być miękka, ale lekko krucha. Doprawić solą, pieprzem i obficie świeżo siekanym koprem.
W tym roku pierwszy raz wzięłam udział w Restaurant Week na Warmii i Mazurach. Przeglądając stronę internetową wydarzenia dokładnie przeanalizowałam menu każdej z restauracji. Aż tu nagle natrafiłam na miejsce, o którym wcześniej nie słyszałam. Przystanek Zatoka – a gdzie to jest? – zapytałam mojego męża. Oboje zaciekawieni postanowiliśmy, że to będzie nasz cel tegorocznego Restaurant Week’a. Zarezerwowaliśmy stolik na godzinę 12.30. I to był strzał w dziesiątkę!
Jak się później okazało Przystanek Zatoka to jeszcze nie tak dawno znany Ośrodek Copernicus, który położony jest nad Jeziorem Wulpińskim w miejscowości Siła, tuż za Tomaszkowem.
Na miejscu kelner zaproponował nam miejsce przy oknie, a że widok rozpościera się na jezioro byłam w siódmym niebie. Nie wiem, czy wiecie, ale jestem nie tylko Sajkofanką Smaku, ale także przyrody 🙂 Moja córka zasnęła, więc mogłam w stu procentach delektować się każdą pozycją festiwalowego menu.
Żeby dostarczyć sobie większych wrażeń wybraliśmy z mężem różne menu – on A (mięsne), ja B (wegetariańskie), dzięki temu mogliśmy spróbować większej ilości dań. A teraz spójrzcie, czym zachwycił nas Szef Kuchni Dariusz Malik ze swoją załogą.
Menu A
Przystawka: Tatar z jelenia/majonez jałowcowy/marynowana skorzonera/ pikle/ żółtko confit
Talerz udekorowany świerkowymi gałązkami, siekane mięso jelenia, majonez jałowcowy – danie tworzy małą, leśną historię. Wszystko jest spójne, smaczne i bardzo aromatyczne! Do tego doskonałe pieczywo własnego wypieku z masełkiem. Mój mąż to ogromy „tatarożerca” i był nim zachwycony!
Danie główne: Pierś z perliczki / krokiet ziemniaczany / palony kalafior / kaszanka / jabłko / sos maderowy
Rewelacyjna kaszanka, która została zamknięta w chrupiącej kuleczce. Soczysta pierś perliczki z intensywnym sosem maderowym, chrupiącym kalafiorem i krokietem ziemniaczanym doskonale działały na kubki smakowe! No i ta prezentacja… Jem oczami i proszę o choć mały kawałeczek!
Deser: Assiette z czekolady
Assiette w tym przypadku to wariacja na temat czekolady. Jeden główny składnik zaprezentowany na różne sposoby. Tutaj mamy propozycję: ciasto, truflę, biszkopt, mus, świeże owoce, chrupiąca posypka. Słodkie, ale w punkt. Idealne dla czekoladożerców.
Menu B
Przystawka: Krem z pieczonego topinambura / słony karmel / lody i crumble z orzechów laskowych
Menu B należało do mnie. Przystawka po prostu mnie uwiodła! Pierwszy raz w życiu jadłam zupę z lodami. Ciepły krem z topinamburu w połączeniu z zimną kulką lodów, a do tego chrupiąca posypka słodko-słona z orzechów i karmelu. Wspaniałe! Chcę więcej!
Danie główne: Barwena / czarna soczewica / pak choi / pomidor / sos homarowy
Czarna soczewica i sos homarowy to moje nowe odkrycie. Mogłabym jeść na samo! Do tego delikatna ryba i pomidorki koktajlowe na ciepło, które uwielbiam! Chyba dobrze wybrałam… 😉
No i jest! Talerz, na który czekałam.Tak, mam ogromną słabość do restauracyjnych deserów. A ten był tak pięknie podany, że aż szkoda było go jeść! Chrupiące ciasteczko, mus owocowy, marshmallows, plasterki miodu i niesamowicie intensywna w smaku kompresowana cytryna. Było słodko-kwaśno, jak lubię najbardziej.
Oboje z mężem wyszliśmy zachwyceni. To była prawdziwa kulinarna podróż – co danie, to inna przygoda. Długo zachwycaliśmy się kompozycjami na talerzach, połączeniem smaków, tekstur i zapachów, które były bardzo intensywne. Naprawdę nie pamiętam, kiedy jadłam coś tak dobrego w naszym regionie. I do tego ta piękna zastawa!
Uwieńczeniem całego obiadu była wizyta Szefa kuchni, który podszedł do nas na koniec. Wow! – pomyślałam. Bardzo miłe, że szef wychodzi do gości, opowiada o swoim menu, pyta czy smakowało, czy mamy jakieś uwagi, a przede wszystkim dzieli się z nami swoimi doświadczeniami i szczerze wyznaje, że to praca całej załogi. Wielkie ukłony również w stronę kelnera, który podając nam talerze od razu dokładnie wytłumaczył, co będziemy jedli. Wiedza obsługi to zawsze ogromny plus, bo nie trzeba zadawać mnóstwa pytań, co i jak, a ja niestety bardzo lubię pytać 😉
Na koniec udało mi się nawet zrobić pamiątkowe zdjęcie z Szefem Kuchni i kelnerem, który nas obsługiwał. Wielkie „chapeau bas”! Na pewno powrócimy, żeby spróbować dań z karty, która funkcjonuje na co dzień. Do zobaczenia!
Jeśli chcecie być na bieżąco zapraszam Was do polubienia strony. Piękne miejsce – koniecznie zajrzyjcie w wolnej chwili! Siła 85 11-036 Sząbruk
https://www.facebook.com/przystanek.zatoka/
Więcej o Restaurant Week znajdziecie w moim wcześniejszym wpisie TU
Restaurant Week powrócił na Warmię i Mazury z wielkim hukiem! W tym roku miałam ogromną przyjemność zostać ambasadorką w ramach wydarzenia „Idę na Restaurant Week Warmia i Mazury”. Zaproszenie dostałam do Yoko Restaurant & Sushibar, mieszczącej się na Starym Mieście 17 w Olsztynie. Oto co zaserwował Szef Kuchni i jego załoga.
MENU A: Przystawka: Tarta z kurczakiem teriyaki, grzybami eryngi (boczniak królewski,) kiełkami mung i papryczką.Ciasto było bardzo kruche, farsz smaczny, jednak całość pewnie byłaby o wiele lepsza, gdyby była podana na ciepło. Prezentacja bardzo zachęcająca do dalszej podróży po menu. Danie główne: Stek z łososia w sezamie podany z sosem wasabi, kopytkami z batatów i sałatką. Kopytka z batatów bardzo puszyste, stek z łososia delikatny w chrupiącym sezamie. Kopytka i ryba dobrze ze sobą grały. Sałatka z lekką nutką słodyczy. Bardzo dobry sos wasabi, który podkręcał całe danie.Deser: Sernik po japońsku pieczony w kąpieli wodnej, podany z polewą czekoladowąBardzo lekki kawałek ciasta, choć w polewie wyczuwalne drobinki cukru nieco mi przeszkadzały.
MENU B:
Przystawka: Tamagoyaki (omlet z warzywami) – 5 kawałków podawanych z sosem słodko-ostrym.
Omlet bardzo puszysty. Ze słodko-ostrym sosem tworzy spójną i smaczną kompozycję. Jak na przystawkę to jednak dla mnie bardzo solidna porcja – po sześciu kawałkach czułam się już dobrze nakarmiona 😉
Dwie połówki bakłażana dobrze nafaszerowane. Cieszy mnie, że całe danie przez długi czas było ciepłe. To dla mnie bardzo ważne w daniu głównym. Farsz bardzo interesujący w smaku. Muszę powiedzieć, że ta pozycja bardzo mnie zaskoczyła, gdyż nigdy wcześniej nie jadłam takiego połączenia. Odkryłam nowy smak. Mieszanka smaków – kwaśny i pikantny, przełamany słodyczą. Uwielbiam kasze pod każdą postacią, a to była zupełna nowość. Duży plus.
Deser: Pudding ryżowy z mango lassi
Pudding ryżowy bardzo dobry. Na dole kawałki awokado, na górze mus z mango. Jednak po tak obfitej przystawce i daniu głównym zjadłam zaledwie parę kęsów.Mogłoby być nieco lżej na koniec.
Po przystawce szef kuchni poczęstował nas dodatkowo dwoma kawałkami sushi uramaki. Obie wersje były bardzo smaczne.
Menu A – pieczony łosoś, kawior tobiko, sałata, serek, ogórek, awokado,
Menu B – mango, serek, sałata, ogórek, tykwa, daikon
Po kolacji wyszłam naprawdę porządnie najedzona! Było smacznie, a największym zaskoczeniem był bakłażan. Bardzo dziękuję za mile spędzony czas!
A teraz kilka słów o samym Restaurant Week dla tych, którzy jeszcze się w nim nie rozsmakowali.
Kiedy?
W dniach od 18.04 do 30.04.2018 najlepsi Szefowie Kuchni przygotowali dla Was popisowe trzydaniowe doświadczenia restauracyjne w festiwalowej cenie 49zł. W menu przystawka, danie główne i deser. Dodatkowo zawiera się w niej także niespodzianka od sponsorów wydarzenia!
Jak zarezerwować stolik?
Najpierw musicie wejść na stronę wydarzenia www.restaurantweek.pl i kliknąć: REZERWUJ STOLIK!
Później wybieracie interesujący was region – w tym przypadku wybieramy Warmię i Mazury oczywiście 🙂
Po kliknięciu zostaniecie przeniesieni na stronę, gdzie znajdziecie listę restauracji, które biorą udział w Restaurant Week na Warmii i Mazurach. Tam przeczytacie szczegółowe menu każdej z restauracji. Do wyboru macie wariant A i B. Sami decydujecie, co Wam bardziej zasmakuje 😉
Klikając REZERWACJA przeniesiecie się na stronę , gdzie zaznaczacie listę gości, datę, godzinę, a na koniec zaznaczacie dla każdego gościa wybrane menu (A lub B). Dodatkowo możecie podać uwagi dla restauratora (np. informację o alergenach, poprosić o krzesełko dla dziecka).
Później pozostaje już tylko podać Wasze dane i gotowe! Prawda, że proste?
Jeśli wybieracie sie większą ekipą to cenna informacja, że ÓSMY GOŚĆ GRATIS! Przy rezerwacji 8-osobowe stolika, płacisz tylko za siedmiu Gości!
Ile czasu możecie się gościć? Wasz czas to 90 minut, po nim będą czekać już następni goście. Macie zatem równe szanse. Gwarantuje Wam, że to czas wystarczający, by delektować się porządnie każdą z pozycji wybranego przez Was menu.
W tym roku udział biorą same perełki na kulinarnej mapie Warmii i Mazur. Do wyboru macie takie miejsca, jak:
Czas płynie nieubłaganie – spieszcie się moi kochani, bo kolejna edycja Restaurant Week dopiero na jesieni! Zatem wchodźcie na stronę wydarzenia, rezerwujcie stolik i rozsmakujcie się w najlepszych festiwalowych pozycjach od początku do końca z kimś dla Was najbliższym – smacznego!
P.S. Przede mną jeszcze jedna wizyta w ramach Restarant Week. Gdzie się wybiorę? Jak będzie – czy smacznie? O tym już wkrótce. Bądźcie czujni – ciekawe, czy też wybierzecie ten lokal 🙂
Sobota upłynęła pod znakiemFood Blogger Fest VIII. Jesteście ciekawi jak było? Serdecznie zapraszam do lektury
Pociągiem relacji Olsztyn Główny – Wrocław Główny wysiadłam na stacji Warszawa Centralna, skąd udałam się na ul. Czerską, na ósmą edycję Food Blogger Fest. Choć gotujący blogerzy spotkali się już po raz ósmy, ja pojawiłam się tutaj pierwszy raz. „Apetyt na więcej!” to hasło przewodnie, które towarzyszyło wydarzeniu. Tak, zdecydowanie tego dnia miałam apetyt na bardzo dużo nowej wiedzy, nowych znajomości, nowych smaków! Od progu czekały wejściówki, na których znajdował się program imprezy. Super, dzięki temu z łatwością mogłam kontrolować czas, bo działo się naprawdę niemało.
Za zamkniętymi drzwiami, nie kolidując z innymi wydarzeniami, odbywały się prelekcje i rozmowy, które prowadziła Małgorzata Minta (Minta Eats). Było m.in. o kuchni i fotografii (Natalia Nowak-Bratek „Krew i Mleko”), o jedzeniu z drogi (Marta Greber), o gotowaniu i nie marnowaniu żywności (Sylwia Walendowska Majcher). Osobiście poznałam Bitosa Hoanga i Jakuba Koźmińskiego z Viet Street Food, którzy na co dzień w Warszawie serwują prawdziwe smaki Wietnamu. Wisienką na torcie była rozmowa z Olią Hercules, której „Kaukasis” zagościła już w mojej kulinarnej biblioteczce.
Kolejny przystanek to warsztaty kulinarne, w których wzięłam udział. Pod czujnym okiem szefa Marcina Budynka przygotowaliśmy wiosenne kanapki w stylu skandynawskim z serkiem Hochland, które później mogliśmy sfotografować, oznaczyć na Instagramie i wydrukować w fotobudce, by na pamiątkę zabrać zdjęcie do domu. Wspaniały pomysł! Cennych rad przy fotografowaniu i układaniu kanapek na talerze udzielała Joanna z Odczaruj Gary. Światło, kompozycja, ustawienie, dodatki – chętnym sprzedała ciekawe patenty. Warsztaty kulinarne poprowadzili również Piotr Bruś-Klepacki, który zaprezentował meksykańskie tacos z marką Żywiecoraz David Gaboriaud, serwujący przekąski z serkiem Almette. Puszysty smak natury.
Dodatkową atrakcją były stoiska sponsorów, na których również sporo się działo. Do dziś nie mogę wyjść z zachwytu, kiedy zerkam na Torcik wedlowski od E. Wedel, który na moich oczach ręcznie udekorowała kwiatami Joanna Klimas-Profus. Aż szkoda go zjeść, tak pięknie się prezentuje! W samo południe korki wystrzeliło Prosecco od CIN & CIN, Biofixzaserwował owocowe herbaty, a Starbucks zaparzył każdemu jego ulubioną kawę. Na osłodę czekało Ptasie Mleczko E. Wedel, zaś orzeźwienia dodał Żywiec Zdrój i Hortex.
Na wygodnych fotelach można było przeczytać najnowsze wydanieKuchnia. Magazyn dla smakoszy, bądź rozpocząć lekturę wybranej książki, którą można było zakupić na jednym ze stoisk. Na zakończenie do każdego z gości powędrowała paczka prezentów od sponsorów.
Piękny, słoneczny sobotni dzień odhaczam wielkim uśmiechem w swoim dzienniczku. Mam nadzieję, że za rok odbędzie się kolejna edycja Food Blogger Fest. Będę na pewno!